Dziś powrócimy na makowe pole.
Wcześniejszą audycję poświęciłam muzykom, którzy są uważani dziś nie tylko jako artyści hippisowscy, ale jako ikony rocka. Dlatego część druga przybliży nas bardziej na deskę sceny Woodstocku, czy Monterey Pop Festival.
Zacznijmy od przedstawicieli Acid rocka Jefferson Airplane-"White Rabbit". Jefferson Airplane to wspaniała grupa, grająca nie tylko rocka psychodelicznego, ale i folk rock, czy blues(co słychać w pierwszej płycie)-"Blues From An Airplane"-utwór z tej właśnie płyty.
Następnym zespołem jest Grateful Dead. Jest to bardzo ciekawa grupa grając mieszaninę psychodelicznego rocka, folku, southern rocka, country, bluegrassu, jazzu i jam rocka.Grateful Dead-"Ripple"
Zespół z San Francisco związany z ruchem hippisowskim, utworzył własne brzmienie i kulturę. Fani zespołu byli określani jako Dead Heads. Jeździli na każdy koncert zespołu, nagrywali utwory i wymieniali się taśmami. Muzycy z Grateful Dead nawet do tego zachęcali (pod warunkiem, że nikt nie czerpałby z tego korzyści majątkowych). "Sugar Magnolia" .Specyfiką tej formacji była tworzona przez nich samych jedność z fanami. Na koncerty jeździli w ogromnej grupie. Rodzina, przyjaciele, krewni i technicy sceniczni. Słuchając ich utworów możemy to nawet poczuć. Artyści z Grateful Dead otoczyli swą muzykę wspaniałym klimatem.
Gdy 9 sierpnia 1995 zmarł charyzmatyczny gitarzysta Jerry Garcia, postrzegany jako lider grupy, rada miejska San Francisco ogłosiła żałobę i nakazała opuścić flagi do połowy masztów.Dowodzi to, że zespół był bardzo ceniony w swoim mieście.
Przejdźmy do twórców jednego z hymnów Flower Power-The Byrds"Turn! Turn! Turn!"
Jest to następna grupa grająca psychodeliczny i folkowy rock.
Gdy coraz bliżej przyglądamy się hippisowskim latom, możemy stwierdzić, że był to złoty wiek nie tylko dla rocka ale dla całej muzyki popularnej. Bob Dylan podobnie jak The Byrds dał podstawy brzmienia folku rockowego dla przyszłego rozwoju tego gatunku.
Posłuchajmy na koniec jeszcze kilka hitów z lat 60. i 70.
Steve Miller Band - "Rock`n Me"
Ten Years After -"Love Like a Ma"
trochę jazz rocka- Blood,Sweat and Tears "You've Made Me So Very Happy" "Spinning Wheel"
rock and roll revival-Creedence Clearwater Revival (CCR)"Fortunate Son"
Poznając bardziej zespoły "Woodstockowe" wiemy, że muzycy nie bazowali płytko tylko na powierzchni psychodeliki, ale wzorowali się na jakże wspaniałej i szerokiej muzyce bluesowej. Artyści mieszali brzmienia elektryczne, jazzowe, folkowe, bluegrassu,jam rocka. Dali początek wielu gatunkom dziś bardzo popularnym, np. hard rocka. Lata 60. i 70. stworzyły wspaniałych artystów. Niestety większość z nich nie zdobyła tak wielkiej sławy jak Jimi Hendrix, Joplin, The Doors, czy The Who, lecz zawsze możemy wracać do skarbów tych lat. Wspaniałych hippisowskich artystów nie usłyszymy często w dzisiejszych radiostacjach, ale może to "odkopywanie" sprawia nam radość? Czy Sweetwater, Incredible String Band, Procol Harum umieszczone na listach Eski Rock czy MTV obok nowych, spopowanych, pseudo-rockowych zespołów nie utraciłyby swej magii?
Choć w dzisiejszym, komercyjnym świecie sztuki nie ma miejsca na zakurzone płyty winylowe zespołu Yes, to My-Melomani w końcu odnajdujemy się w tym małym świecie, wymieniamy się starymi taśmami i wysłuchujemy wielkich koncertów.
5 marca 2011
18 lutego 2011
Czwarta audycja-na makowym polu (cz.I)
Dzisiejsza audycja przeniesie nas kilkadziesiąt lat wstecz. Drugą połowę lat sześćdziesiątych, zachodnią część świata(dla większości Polaków wtedy nieosiągalną) pokolorowała rewolucja hippisowska. Bunt młodzieży
przeciwko szkole, rodzicom, polityce, normom społecznościowym, materializmie...Wszystkiemu co było codziennością, a zarazem źródłem narzucającym zasady i przymusowe klasyfikacje między ludzkie.
Oczywiście nie tylko moda powstała w tamtych latach w ramach ruchu hippisowskiego. Przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ukształtował wiele odłamów rocka. Najważniejszymi były rock progresywny i psychodeliczny. Ten okres ukształtował wielkich muzyków, których do dziś podziwiamy.
Zacznijmy hitem, który pewnie każdy z nas zna-"Hey Joe". Po wysłuchaniu tego utworu, nie mamy chyba żadnych wątpliwości, że mowa o legendzie rocka, najwybitniejszym gitarzyście-tak, to James Marshall Hendrix.
Pierwszym instrumentem muzyka była harmonijka ustna. Później kupił gitarę, którą wcześniej zastępował szczotką do zamiatania podłogi.
Jimi odkrywał techniki gry na gitarze. Reprezentował wiele gatunków muzycznych. Jego wspaniałość to nie tylko niesamowita technika i talent, ale poszukiwanie w wielu odłamach bluesa. Jeżeli grasz bluesa, to otwierasz sobie furtkę do nieskończonych, bezgranicznych melodii i szaleństw muzycznych. Jimi potrafił ją otworzyć i już nigdy nie zamknąć.
Hendrixa inspirowali najwięksi: zaczynając od Buddy Guy`a, Muddy Waters`a, kończąc na B.B Kingu, czy Albercie Kingu, dlatego jego utwory były dzikie, niepowtarzalne i świeże. Jeżeli jego utwory bazują
na bluesie to skutki mogą tylko Tak wyglądać-"VooDoo Child" .
Wszystko to co tworzył i odkrył Hendrix było wielką rewolucją w świecie rocka. Wszelkie riffy, łączenie stylów fuzz i feedback, eksperymentowanie z efektami stereofonicznymi są nawet dziś, dla nas niewyobrażalnymi dokonaniami. Poskutkowało to wspaniałymi dziełami, które dziś pozwalają
nam przenieść się w niesamowity, bez zasad świat. Dowodem na to jest jego twórczość. Na zakończenie przygody z Hendrix`em jego dzieło-"Purple Haze"
Aby dobrze komponowała się teraz następna artystka, powiąże ją z wcześniejszym muzykiem.-"Summertime"
Tak, Janis Joplin. Królowa Rocka! Wspaniała wokalistka bluesowa. Utwór "Summertime", który przed chwilą wysłuchaliśmy, ma w sobie moc. Bezprecedensowy głos i wirtuoz gitary w jednym utworze to wyśmienite połączenie, którym możemy się delektować przez trzy minuty. Ale za to JAKIE!
Janis od najmłodszych lat interesowała się bluesem. Pod koniec lat sześćdziesiątych znana była jako wokalistka zespołu Big Brother & the Holding Company. "Ball And Chain"-tej właśnie kapeli.
Jakże wzruszający dogłębnie głos posiadała kobieta, która wspaniale odzwierciedlała to co w blues rocku powinno być zawarte.
Podobnie jak Jimi Hendrix, Joplin inspirowała się bluesem. Jest następnym dowodem na to, że muzyka ta kształtuje wspaniałych artystów.
Obydwoje było zaangażowanych w ruch hippisowski. Niestety wiązało się to z histeryczną potrzebą wolności, której skutkiem było jej poszukiwanie w narkotykach i innych środkach odurzających. Oboje zmarli przedwcześnie. Mieli zaledwie 27-28 lat. Czy była to przyczyna pogoni za wolnością? Pragnąc jej, sami się zniewolili.
przeciwko szkole, rodzicom, polityce, normom społecznościowym, materializmie...Wszystkiemu co było codziennością, a zarazem źródłem narzucającym zasady i przymusowe klasyfikacje między ludzkie.
Oczywiście nie tylko moda powstała w tamtych latach w ramach ruchu hippisowskiego. Przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ukształtował wiele odłamów rocka. Najważniejszymi były rock progresywny i psychodeliczny. Ten okres ukształtował wielkich muzyków, których do dziś podziwiamy.
Zacznijmy hitem, który pewnie każdy z nas zna-"Hey Joe". Po wysłuchaniu tego utworu, nie mamy chyba żadnych wątpliwości, że mowa o legendzie rocka, najwybitniejszym gitarzyście-tak, to James Marshall Hendrix.
Pierwszym instrumentem muzyka była harmonijka ustna. Później kupił gitarę, którą wcześniej zastępował szczotką do zamiatania podłogi.
Jimi odkrywał techniki gry na gitarze. Reprezentował wiele gatunków muzycznych. Jego wspaniałość to nie tylko niesamowita technika i talent, ale poszukiwanie w wielu odłamach bluesa. Jeżeli grasz bluesa, to otwierasz sobie furtkę do nieskończonych, bezgranicznych melodii i szaleństw muzycznych. Jimi potrafił ją otworzyć i już nigdy nie zamknąć.
Hendrixa inspirowali najwięksi: zaczynając od Buddy Guy`a, Muddy Waters`a, kończąc na B.B Kingu, czy Albercie Kingu, dlatego jego utwory były dzikie, niepowtarzalne i świeże. Jeżeli jego utwory bazują
na bluesie to skutki mogą tylko Tak wyglądać-"VooDoo Child" .
Wszystko to co tworzył i odkrył Hendrix było wielką rewolucją w świecie rocka. Wszelkie riffy, łączenie stylów fuzz i feedback, eksperymentowanie z efektami stereofonicznymi są nawet dziś, dla nas niewyobrażalnymi dokonaniami. Poskutkowało to wspaniałymi dziełami, które dziś pozwalają
nam przenieść się w niesamowity, bez zasad świat. Dowodem na to jest jego twórczość. Na zakończenie przygody z Hendrix`em jego dzieło-"Purple Haze"
Aby dobrze komponowała się teraz następna artystka, powiąże ją z wcześniejszym muzykiem.-"Summertime"
Tak, Janis Joplin. Królowa Rocka! Wspaniała wokalistka bluesowa. Utwór "Summertime", który przed chwilą wysłuchaliśmy, ma w sobie moc. Bezprecedensowy głos i wirtuoz gitary w jednym utworze to wyśmienite połączenie, którym możemy się delektować przez trzy minuty. Ale za to JAKIE!
Janis od najmłodszych lat interesowała się bluesem. Pod koniec lat sześćdziesiątych znana była jako wokalistka zespołu Big Brother & the Holding Company. "Ball And Chain"-tej właśnie kapeli.
Jakże wzruszający dogłębnie głos posiadała kobieta, która wspaniale odzwierciedlała to co w blues rocku powinno być zawarte.
Podobnie jak Jimi Hendrix, Joplin inspirowała się bluesem. Jest następnym dowodem na to, że muzyka ta kształtuje wspaniałych artystów.
Obydwoje było zaangażowanych w ruch hippisowski. Niestety wiązało się to z histeryczną potrzebą wolności, której skutkiem było jej poszukiwanie w narkotykach i innych środkach odurzających. Oboje zmarli przedwcześnie. Mieli zaledwie 27-28 lat. Czy była to przyczyna pogoni za wolnością? Pragnąc jej, sami się zniewolili.
Etykiety:
60.,
70.,
Albert King,
blues,
blues rock,
Buddy Guy,
Janis Joplin,
Jimi Hendrix,
Muddy Waters,
rock progresywny,
rock psychodeliczny,
ruch hippisowski
11 lutego 2011
Trzecia audycja
Płyta na której zamieszczone są tak pomieszane emocję, które niekoniecznie są nam znane, ale które z taką przyjemnością przyjmujemy. Pewnie każdy Taką swoją płytę ma.
Jaka jest moja? Trudno mi wybrać, bo wiele daję mi coś od siebie. Ale chyba grzechem dla fana Alice in Chains było by nie wspomnieć o płycie Unplugged.
Czy przyglądanie się muzyce artystów z Alice in Chains z pryzmatu fana tego zespołu jest zawsze świeże i na pewno obiektywne? Nie wiem. I nawet mi ta niewiedza nie przeszkadza! Ważne, że ta muzyka działa na mnie jak coś co mnie w życiu codziennym nie spotka. Coś co trzeba mierzyć inną miarką, niż tą którą sprawdzamy emocje między ludzkie. Żaden wir krępujących sytuacji, nie onieśmieli mnie jak Ta sztuka-sztuka tworzona przez magików tej dziedziny. Czarują w nieznany sposób czas, atmosferę, dla której mogę odwołać wszystko. Mogę (ja towarzyska osoba) zamknąć się sama w pokoju i słuchać...rozdziewiczyć się na chwilę. Rozebrać wnętrze tylko po to aby łatwiej wsiąknęli, bym szybciej poczuła ich w sobie.
Przemawiają do mnie i to chyba się liczy.
Płyta zaczyna się jakże klimatyczną, wprowadzającą nas w nastrój piosenką Nutshell.
Jerry zaczyna grać...wchodzą po kolei muzycy...Wciąż rozkoszujemy się gitarowym spokojem jaki daje nam ta piosenka...Na koniec na scenie pojawia się wokalista-Layne Staley. Śpiewa piosenkę, przepełnioną żalem..prawdą..
Może powinniśmy słuchając takiej muzyki czuć się połamani..Wstrząśnięci. Czy na tym polega wspaniałość muzyki?- zamiast czuć apatię i przygnębienie spowodowanym cierpieniem pokazanym w utworze, my-tak zauroczeni pięknością piosenki zapominamy o tym? Lecz nie...Jednak to wszystko dzieję się jednocześnie. Odczuwamy żal muzyka. Wprowadza nas to w refleksje. Słuchając o jego problemach utożsamiamy się z nim. Zbliżamy się do niego, ponieważ oddał nam siebie, a jednocześnie zakochujemy się w piękności i wspaniałości artyzmu. Czy czujemy się trochę rozciągani pomiędzy odczytaną prawdą w arcydziele(czasem szokującą i nad wyraz przykrą), a jego estetyką?
Pewnie gdy zapoznacie się (lub już zapoznaliście się)z twórczością AiC, nie poczujecie się oszukani. Nie wyczujecie fałszu. Każdy skrawek tej muzyki jest prawdziwy. Dlatego tak bardzo pasuje mi przeżywanie chwil z tym zespołem.
Przyjrzyjmy się Layne`owi. Na tym koncercie(w 1996r) widać jego skutki nałogu nie tylko na twarzy, ale w całej postawie. Zgarbiony, zmęczony. Przytłaczający widok. Smutny, a zarazem wzruszający...W 2002r Layne zmarł. Jego śmierć była ponura. Ponieważ była długa. Wykańczała go powoli, ale on chyba tego chciał. Po śmierci jego ukochanej(pięknej, młodej dziewczyny, która zmarła na skutek przedawkowania), Layne się załamał. Chciał cierpieć po takiej stracie. Para obiecywała sobie, że wspólnie skończą z nałogiem i zaczną nowe życie. Lecz ona go opuściła w tak tragicznym dla niego momencie. Zamknął się w domu i tylko wstrzykiwał sobie powolną śmierć.
Przyjrzyjmy się temu koncertowi. Blada twarz. Usta nie przypominające ust żyjącego człowieka. Zawsze zastanawiamy się: gdzie była rodzina, przyjaciele?...Ale nałóg demaskuje miłość. Niszczy życie więc i jego ważną część. Rodzinę, ukochanych. Zabija nadzieję i pokój. Więzi nas i nie chce wypuścić. Za wielu zabrał, pozwalając dokończyć tego co zaczęli.
Teraz, w 1996r, sześć lat przed śmiercią, wciąż w nim jest. Tego człowieka cierpienie nie opuści na chwilę. A może ten człowiek sam do tego dopuścił? Możliwe, tylko że wolę o tym nie wiedzieć. Wolę wierzyć, że nałóg zaatakował znienacka tych wszystkich wielkich artystów, którzy jednocześnie są nam obcy, ale przez sztukę są nam tak bardzo bliscy.
Powinnam zaproponować wam następny utwór, jak to przystało w dobrej audycji. Wciąż te monologi, a ja przecież powtarzam, że muzyka mówi sama za siebie, przekazuje najlepiej wszystko to co powinniśmy wiedzieć.
Teraz artyści o sobie opowiedzą, niech mnie wyręczą:
"Would?"
"Sludge factory"
"Down in a Hole"
Jaka jest moja? Trudno mi wybrać, bo wiele daję mi coś od siebie. Ale chyba grzechem dla fana Alice in Chains było by nie wspomnieć o płycie Unplugged.
Czy przyglądanie się muzyce artystów z Alice in Chains z pryzmatu fana tego zespołu jest zawsze świeże i na pewno obiektywne? Nie wiem. I nawet mi ta niewiedza nie przeszkadza! Ważne, że ta muzyka działa na mnie jak coś co mnie w życiu codziennym nie spotka. Coś co trzeba mierzyć inną miarką, niż tą którą sprawdzamy emocje między ludzkie. Żaden wir krępujących sytuacji, nie onieśmieli mnie jak Ta sztuka-sztuka tworzona przez magików tej dziedziny. Czarują w nieznany sposób czas, atmosferę, dla której mogę odwołać wszystko. Mogę (ja towarzyska osoba) zamknąć się sama w pokoju i słuchać...rozdziewiczyć się na chwilę. Rozebrać wnętrze tylko po to aby łatwiej wsiąknęli, bym szybciej poczuła ich w sobie.
Przemawiają do mnie i to chyba się liczy.
Płyta zaczyna się jakże klimatyczną, wprowadzającą nas w nastrój piosenką Nutshell.
Jerry zaczyna grać...wchodzą po kolei muzycy...Wciąż rozkoszujemy się gitarowym spokojem jaki daje nam ta piosenka...Na koniec na scenie pojawia się wokalista-Layne Staley. Śpiewa piosenkę, przepełnioną żalem..prawdą..
Może powinniśmy słuchając takiej muzyki czuć się połamani..Wstrząśnięci. Czy na tym polega wspaniałość muzyki?- zamiast czuć apatię i przygnębienie spowodowanym cierpieniem pokazanym w utworze, my-tak zauroczeni pięknością piosenki zapominamy o tym? Lecz nie...Jednak to wszystko dzieję się jednocześnie. Odczuwamy żal muzyka. Wprowadza nas to w refleksje. Słuchając o jego problemach utożsamiamy się z nim. Zbliżamy się do niego, ponieważ oddał nam siebie, a jednocześnie zakochujemy się w piękności i wspaniałości artyzmu. Czy czujemy się trochę rozciągani pomiędzy odczytaną prawdą w arcydziele(czasem szokującą i nad wyraz przykrą), a jego estetyką?
Pewnie gdy zapoznacie się (lub już zapoznaliście się)z twórczością AiC, nie poczujecie się oszukani. Nie wyczujecie fałszu. Każdy skrawek tej muzyki jest prawdziwy. Dlatego tak bardzo pasuje mi przeżywanie chwil z tym zespołem.
Przyjrzyjmy się Layne`owi. Na tym koncercie(w 1996r) widać jego skutki nałogu nie tylko na twarzy, ale w całej postawie. Zgarbiony, zmęczony. Przytłaczający widok. Smutny, a zarazem wzruszający...W 2002r Layne zmarł. Jego śmierć była ponura. Ponieważ była długa. Wykańczała go powoli, ale on chyba tego chciał. Po śmierci jego ukochanej(pięknej, młodej dziewczyny, która zmarła na skutek przedawkowania), Layne się załamał. Chciał cierpieć po takiej stracie. Para obiecywała sobie, że wspólnie skończą z nałogiem i zaczną nowe życie. Lecz ona go opuściła w tak tragicznym dla niego momencie. Zamknął się w domu i tylko wstrzykiwał sobie powolną śmierć.
Przyjrzyjmy się temu koncertowi. Blada twarz. Usta nie przypominające ust żyjącego człowieka. Zawsze zastanawiamy się: gdzie była rodzina, przyjaciele?...Ale nałóg demaskuje miłość. Niszczy życie więc i jego ważną część. Rodzinę, ukochanych. Zabija nadzieję i pokój. Więzi nas i nie chce wypuścić. Za wielu zabrał, pozwalając dokończyć tego co zaczęli.
Teraz, w 1996r, sześć lat przed śmiercią, wciąż w nim jest. Tego człowieka cierpienie nie opuści na chwilę. A może ten człowiek sam do tego dopuścił? Możliwe, tylko że wolę o tym nie wiedzieć. Wolę wierzyć, że nałóg zaatakował znienacka tych wszystkich wielkich artystów, którzy jednocześnie są nam obcy, ale przez sztukę są nam tak bardzo bliscy.
Powinnam zaproponować wam następny utwór, jak to przystało w dobrej audycji. Wciąż te monologi, a ja przecież powtarzam, że muzyka mówi sama za siebie, przekazuje najlepiej wszystko to co powinniśmy wiedzieć.
Teraz artyści o sobie opowiedzą, niech mnie wyręczą:
"Would?"
"Sludge factory"
"Down in a Hole"
Subskrybuj:
Posty (Atom)
